2012/08/15


Znów umieram. Chciałoby się dopisać, że jak zwykle w sierpniu. Końcówka wakacji to dla mnie zdecydowanie niekorzystna pora. Zbyt dużo wolnego czasu, zbyt wiele okazji do izolacji... Wiem, że to minie. To zawsze mija. Z niesmakiem patrzę potem na te wszystkie wynurzenia. Wiem, że te moje smutki i smuteczki to wymysł, który w konfrontacji z realnym życiem traci na znaczeniu.

 Ból głowy, ucisk w gardle. Bezsilność. Nic do mnie nie przemawia. Jedyne, czego pragnę to zniknąć. Tak właśnie czuję się podczas pisania większości z moich notek. Piszę kiedy jest źle, bo kiedy jest dobrze nie ma o czym pisać. Zabawne. Nigdy w życiu nie próbowałabym rozbić takich słów jak satysfakcja, radość czy zachwyt na części pierwsze. Podczas prywatnych rozmów ludzie poznani w Internecie, często piszą mi, że wcale nie jestem takim ponurym noł lajfem, który nierzadko wynurza się z moich postów. Bo nie jestem. To znaczy troszeczkę jestem, ale nie aż tak jak to by się wydawać mogło.

Nie mogę czekać. Nie mam czasu na umieranie.  Przede mną wiele do zrobienia. Takie pitu, pitu pierdolenie nie przejdzie. 

2 komentarze:

  1. Ale takie wynurzenia trochę pomagają, prawda? Zawsze dobrze wyrzucić to, co nam leży na wątrobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez wątpienia pomagają, ale niesmak pozostaje, bo mimo wszystko wolałabym być zrównoważonym człowiekiem, którego takie pseudo problemy w ogóle nie dotyczą.

      Usuń